W Tej Kolejności
Posprzątałem dla ciebie mieszkanie. Wyjąłem kubki, szklanki, talerze i łyżeczki. W tej kolejności.
Kupiłem książkę, coś dobrego, coś, co mi cię przypomina, za czternaście złotych, nową, z lekko niegrzeczną okładką. Tylko nie pokazuj jej mamie.
Dziś na terapii mówiłem tylko o nas, ale nie myśl, że jestem szalony z miłości. Mówiłem tylko o Jaśku i jego kłopotach, ale cały czas mówiłem o nas.
W gabinecie terapeuty nie widać, co mam na sobie, ani nagości, niestety. Nie widać, jak się męczę. Widzisz tylko, jak ciężko oddycham. A nie paliłem przez dwadzieścia jeden miesięcy. Ani jednorazówek, ani wielorazówek.
Wytarłem stół. Pozbyłem się zepsutego twarogu. Zastanawiałem się tylko, czy krowa umarła za wszystkie te twarogi, które wyrzuciłem.
Mając nadzieję, że powiesz mi, że krowa jest warta mniej. Że jestem wart trzy krowie życia, trzy świńskie życia i tuzin kuropatw.
Chociaż nie wiem, czy to egocentryczne, czy nie, bo na twoim miejscu oczekiwałbym porównania dla siebie. Że jesteś warta stos norek i tuzin tuzinów lisów, i czternaście kaczek, albo czternaście kurczaków wolnego wybiegu.
Zrobię ci pierogi. Zrobię je dla ciebie, nie dla siebie, bo już jadłem i jestem najedzony. Nie chcę być lepszy, chcę być sycony. Nie chcę być szybszy, chcę przejść spokojnym krokiem przez półmaraton.
Kiedy się spaliłem, myślałem, że znowu się spalę. Cokolwiek to znaczy.
Myślałem też, że miłość jest czymś tak publicznym, że to pewnie normalne, pewnie nieformalne. I nie wstydzę się, gdy nikt mnie nie kocha w tej sekundzie. Objawia się w pustym i cichym mieszkaniu. A może odwrotnie — że puste i ciche mieszkanie nie jest czymś naturalnym, nie jest czymś czystym, nie jest czymś, czego bym chciał.
Ale skończę tę robotę. Teraz umyję podłogę, bo już czuję piasek pod stopami, jakbym był na plaży. A nie lubię piaszczystych plaż.
